Skąd w Szczyrku wzięła się Polana Bartosicka

Malowniczy Beskid Śląski pokrywa gęsta sieć szlaków, które z wielkim zapałem przemierzają kolejni amatorzy górskich wędrówek. Dla magicznych widoków, dla unikalnej przyrody, dla dbałości o własną kondycję. Jednak maszerować przez czas nijak się nie da – od czasu do czasu trzeba, tak po ludzku, odpocząć. Nabierając sił przed kolejnym etapem wyprawy, leżąc na pachnącej zielonej trawce, warto przeczytać i posłuchać ludowej opowieści, którą kilka lat temu dla „Gazety Szczyrkowskiej” przypomniał Marian Konior. Podanie wyjaśnia, skąd wzięła się nazwa jednego z najbardziej czarujących zakątków w okolicy Szczyrku.

Otóż dawno, dawno temu w spokojnych Beskidach żadnemu z górali nawet nie przemknęła myśl o założeniu razem z innymi jednej, zbitej osady. Ludzie żyli w prostych chałupach dymnych, postawionych na leśnych polankach - wyrąbanych trudem własnych rąk. Podstawowymi zajęciami mieszkańców tych terenów były rolnictwo, zbieractwo i pasterstwo. Niektórzy szukali bliższego kontaktu z sąsiadami, inni - tak jak bohater tej legendy - trzymali się na uboczu i przede wszystkim pilnowali swoich spraw.

W jednej z nie tak znowu licznych chat żył razem z małżonką Katarzyną niejaki Bartosz. Jegomość wzrostu był nikczemnego, do tego dotknięty bolesną przypadłością garbił się okrutnie, dlatego ludzie wołali na niego Bartosik albo jeszcze bardziej zdrobniale: Bartosicek. Nie cieszył się ani dobrym zdrowiem, ani osobistym szczęściem - Katarzyna umarła młodo, pozostawiając bezpotomnego wdowca samiutkiego jak palec. I tak Bartosz przez długie lata gospodarzył na swoim poletku, a jego jedynymi towarzyszami były zwierzęta: koza, baran, stadko owiec, kot i pies.

Bartosik starzał się w samotności i ubóstwie. Był samowystarczalny, a z sąsiadami widywał się tylko latem. Zimy przesiadywał w chałupie, popalając fajkę i rozmyślając o świętej pamięci ukochanej. Prawie nie wyściubiał nosa z domu, bo i po co? Ciepłe, porządne ubranie Wałachów i zwierzęta zapewniały mu ciepło, a zgromadzone drewno pozwalało podtrzymywać ognisko, na którym z zapasów przyrządzał prostą sprawę. Któregoś wyjątkowo srogiego roku napadało tyle śniegu, że zasypało całą chatę Bartosicka. Najpierw biały puch zablokował drzwi, potem zakrył okna, aż wreszcie zasypał dach.

Padało równo i intensywnie aż do marca tak, że z domostwa Bartosza nie wystawało choćby źdźbło słomy. Dopiero w połowie kwietnia roztopy odsłoniły strzechę, a sąsiedzi zaniepokoili się losem starego górala - z otworu już od dawna nie wydobywał się dym, a w całej okolicy nie było żadnych oznak jakiegokolwiek życia. Okoliczni mieszkańcy odwalili wejście do chaty i po dłuższej szamotaninie dostali się do środka. Bartosik leżał zamarznięty na barłogu, w drugim kącie chaty znalezione martwe zwierzątka.

Dobytek nieboszczyka nie przedstawiał szczególnej wartości. Bogactwa Bartosika stanowiły święty obrazek, baranie skóry, gliniane naczynia i skrzynia z osobistymi skarbami - ubraniami Katarzyny, kierpcami i odświętnym kapelusikiem. Gospodarstwo i cały “spadek” przejęli dalecy krewni, a polanę wokół chałupy nazwali Łąką Bartosicka. Jak wieść gminna niesie, w nocy jeszcze przez wiele lat widywano ducha Bartosza, który siedział na pieńku i kurzył cybucha.

Podziel się
Udostępnij znajomym
Udostępnij